jest to dopiero wersja robocza tekstu wiec przepraszam za wszelakie niedociągnięcia. Prosiłbym o ocene mojej pracy, jezeli ktoś dotrwa do koca tekstu.
beznadziejności sytuacji... Granice mojego więzienia zdają się zaciskać dookoła mnie. Jest coraz mniej przestrzeni, coraz mniej powietrza... Tak bardzo się boję... Strach, paraliżujące uczucie. Boże, nie mogę się ruszyć, to tak jakby moje ciało nie należało już do mnie... Ściemnia się, chcą mnie pochować żywcem, zapomnieć o mnie tak jakbym nigdy nie istniał. Czuję ciężki zapach ziemi i wilgoć bijącą od niej. Widzę jak ściany mojej celi, kamienne ściany zamieniają się w zwały ziemi. O Boże, to zaczyna się osypywać a ja nie mogę się poruszyć nie mogę uciec nie mogę się uwolnić. Czuję jak przytłacza mnie coraz większy ciężar, ciemność dookoła, nic nie widać... Panie pomóż mi bo pochowają mnie żywcem, o Boże nie pozwól na to. W ustach czuję smak ziemi, niepodobny do niczego innego. Słyszę stuk kamieni, to Oni przywalają nimi stertę ziemi tak abym nie mógł się wydostać. Słyszę ich głosy ich śmiech, ich przyspieszone oddechy. Tak bardzo się starają i chcą dobrze wykonać swoją pracę. Proszę nie zakopujcie mnie żywcem, kurwa ja jeszcze jestem, żyję... Powoli tracę świadomość znowu zapadam się w gęstą czerń, z której tak trudno jest się wydostać. Miłosierna nieświadomość nadchodzi... Powoli przestaję odczuwać ciężar ziemi i kamieni, nie potrzebuje już oddychać... Byłem tak blisko śmierci i kiedy myślałem ze nadchodzi, okazało się ze to co czułem to tylko wytwór mojego umysłu. Kolejna projekcja i manifestacja strachu która ma mnie złamać. Znowu jestem sam ze swoimi myślami. Słyszę szepty dookoła mnie. Cienie dotąd statyczne zaczynają się poruszać. Jak długo jeszcze moje szaleństwo będzie mnie więzić, kiedy wreszcie przyjdzie koniec i będę mógł umrzeć?
Samotność... To tak bardzo boli kiedy nie ma drugiego człowieka. Nie ma do kogo rozmawiać... Potrzeba obecności innej istoty niż ja sam.... Widzę.... A z pustych kątów patrzą na mnie twarze samotności, przebijają mnie wzrokiem. Szare ściany i wyrastające z nich szpony które bezustannie kaleczą i szarpią moje ciało. Widzę odcięte dłonie wzniesione ku okratowanemu niebu piszące krwią modlitwy. Ile jeszcze mogę wytrzymać ile można żyć widząc takie rzeczy? Tak bardzo pragnę śmierci, ukojenia, zapomnienia...
Miałem sen. Śnił mi się mój świat. Świat pełen szaleństwa i udziwnień. Na pomarańczowo-szarym niebie świeciło czerwone słońce oświetlające Ziemię krwawą poświatą. Świat był zniszczony wojną, wszędzie leżały ciała, ludzie snuli się bez celu. Pośród morza ruin przemieszczały się olbrzymie gady wyglądem przypominające dinozaury. Wiedziałem, byłem pewien ze to koniec wszystkiego. Czekałem na atomowa zagładę, czułem nadchodzący koniec. Widziałem śmierć w tysiącach postaci. Popalone ludzkie korpusy, ciała porozrywane odłamkami bomb, ludzi którzy umarli z głodu... Ciała były poogryzane i nie były to ślady zwierzęcych zębów... Tak, to głód robi z człowieka najgorszą z bestii... Słyszałem tylko odgłosy palącego się miasta i krzyki umierających. Boże, skąd w nas tyle zła, dlaczego, Panie, dlaczego... Dałeś nam wolną wolę, a my sami się zniszczyliśmy. To nie miało tak być... Zobaczyłem... Widziałem wybuch, atomowy grzyb na horyzoncie... Stanąłem twarzą do wybuchu w milczącym oczekiwaniu na koniec. Zobaczyłem ja czerwień zalewa cały świat. Tak właśnie wygląda koniec, pomyślałem, huk i czerwone, jasne światło zalewające całą ziemię. Widziałem destrukcje mojego miasta, reszki budynków i ruiny zniknęły w jednym momencie zdmuchnięte potężną siła atomowego wybuchu. Sylwetki ludzkie zatraciły się w tumanach pyłu... Słyszałem agonalne jęki wielkich gadów palących się żywcem. A ja Panie nadal nie mogłem umrzeć. O Boże, dlaczego nie ześlesz na mnie końca, czemu musze to oglądać? Nagle wszystko ucichło. Stałem sam pośród czerwonej pustyni a moje łzy kapały na gruzy cywilizacji.
Dzisiaj spadł deszcz, nowość w moim świecie. Krople substancji wyglądającej jak płynne srebro, jak rtęć. Łagodnie spadały ze stalowego nieba, leniwie pełzły po parapecie okna. Dziwne... Rtęć zawsze była żywa.... wydaje się ze w tym świecie wszystko jest martwe... Martwe krople deszczu tylko wzmogły mój depresyjny stan. Przyszedł na mnie moment odrętwienia, z trudem się poruszam. Znowu zwolnienie oddechu, częściowy paraliż. To wszystko takie znajome... Zawiesiłem się i zastała mnie noc. Noc nieprzyjazna, mroczna i zła. Znowu zaczynam się bać sam nie wiem czego. Nienazwane leki, dręczące pytania i wątpliwości. Czarne cienie niczym sępy zaczynają krążyć nade mną... Oczekują na to aż się poddam, wiem to. Wyczekują na mój błąd, żywią się moim strachem, z każdą chwilą silniejsze. Cały czas, ciągle w kółko to samo. Dalej i dalej, głębiej w obłęd.
Dziękuję za uwagę.
Tekst pochodzi z mojego starego bloga.
Mam nadzieję że nikt nie potraktuje tego tekstu jako spam. jednak jesli mod miałby jakies uwagi bardzo prosze o napisanie pm. To pomoze mi w przyszlości uniknąc podobnych błędów
pozdrawiam
beznadziejności sytuacji... Granice mojego więzienia zdają się zaciskać dookoła mnie. Jest coraz mniej przestrzeni, coraz mniej powietrza... Tak bardzo się boję... Strach, paraliżujące uczucie. Boże, nie mogę się ruszyć, to tak jakby moje ciało nie należało już do mnie... Ściemnia się, chcą mnie pochować żywcem, zapomnieć o mnie tak jakbym nigdy nie istniał. Czuję ciężki zapach ziemi i wilgoć bijącą od niej. Widzę jak ściany mojej celi, kamienne ściany zamieniają się w zwały ziemi. O Boże, to zaczyna się osypywać a ja nie mogę się poruszyć nie mogę uciec nie mogę się uwolnić. Czuję jak przytłacza mnie coraz większy ciężar, ciemność dookoła, nic nie widać... Panie pomóż mi bo pochowają mnie żywcem, o Boże nie pozwól na to. W ustach czuję smak ziemi, niepodobny do niczego innego. Słyszę stuk kamieni, to Oni przywalają nimi stertę ziemi tak abym nie mógł się wydostać. Słyszę ich głosy ich śmiech, ich przyspieszone oddechy. Tak bardzo się starają i chcą dobrze wykonać swoją pracę. Proszę nie zakopujcie mnie żywcem, kurwa ja jeszcze jestem, żyję... Powoli tracę świadomość znowu zapadam się w gęstą czerń, z której tak trudno jest się wydostać. Miłosierna nieświadomość nadchodzi... Powoli przestaję odczuwać ciężar ziemi i kamieni, nie potrzebuje już oddychać... Byłem tak blisko śmierci i kiedy myślałem ze nadchodzi, okazało się ze to co czułem to tylko wytwór mojego umysłu. Kolejna projekcja i manifestacja strachu która ma mnie złamać. Znowu jestem sam ze swoimi myślami. Słyszę szepty dookoła mnie. Cienie dotąd statyczne zaczynają się poruszać. Jak długo jeszcze moje szaleństwo będzie mnie więzić, kiedy wreszcie przyjdzie koniec i będę mógł umrzeć?
Samotność... To tak bardzo boli kiedy nie ma drugiego człowieka. Nie ma do kogo rozmawiać... Potrzeba obecności innej istoty niż ja sam.... Widzę.... A z pustych kątów patrzą na mnie twarze samotności, przebijają mnie wzrokiem. Szare ściany i wyrastające z nich szpony które bezustannie kaleczą i szarpią moje ciało. Widzę odcięte dłonie wzniesione ku okratowanemu niebu piszące krwią modlitwy. Ile jeszcze mogę wytrzymać ile można żyć widząc takie rzeczy? Tak bardzo pragnę śmierci, ukojenia, zapomnienia...
Miałem sen. Śnił mi się mój świat. Świat pełen szaleństwa i udziwnień. Na pomarańczowo-szarym niebie świeciło czerwone słońce oświetlające Ziemię krwawą poświatą. Świat był zniszczony wojną, wszędzie leżały ciała, ludzie snuli się bez celu. Pośród morza ruin przemieszczały się olbrzymie gady wyglądem przypominające dinozaury. Wiedziałem, byłem pewien ze to koniec wszystkiego. Czekałem na atomowa zagładę, czułem nadchodzący koniec. Widziałem śmierć w tysiącach postaci. Popalone ludzkie korpusy, ciała porozrywane odłamkami bomb, ludzi którzy umarli z głodu... Ciała były poogryzane i nie były to ślady zwierzęcych zębów... Tak, to głód robi z człowieka najgorszą z bestii... Słyszałem tylko odgłosy palącego się miasta i krzyki umierających. Boże, skąd w nas tyle zła, dlaczego, Panie, dlaczego... Dałeś nam wolną wolę, a my sami się zniszczyliśmy. To nie miało tak być... Zobaczyłem... Widziałem wybuch, atomowy grzyb na horyzoncie... Stanąłem twarzą do wybuchu w milczącym oczekiwaniu na koniec. Zobaczyłem ja czerwień zalewa cały świat. Tak właśnie wygląda koniec, pomyślałem, huk i czerwone, jasne światło zalewające całą ziemię. Widziałem destrukcje mojego miasta, reszki budynków i ruiny zniknęły w jednym momencie zdmuchnięte potężną siła atomowego wybuchu. Sylwetki ludzkie zatraciły się w tumanach pyłu... Słyszałem agonalne jęki wielkich gadów palących się żywcem. A ja Panie nadal nie mogłem umrzeć. O Boże, dlaczego nie ześlesz na mnie końca, czemu musze to oglądać? Nagle wszystko ucichło. Stałem sam pośród czerwonej pustyni a moje łzy kapały na gruzy cywilizacji.
Dzisiaj spadł deszcz, nowość w moim świecie. Krople substancji wyglądającej jak płynne srebro, jak rtęć. Łagodnie spadały ze stalowego nieba, leniwie pełzły po parapecie okna. Dziwne... Rtęć zawsze była żywa.... wydaje się ze w tym świecie wszystko jest martwe... Martwe krople deszczu tylko wzmogły mój depresyjny stan. Przyszedł na mnie moment odrętwienia, z trudem się poruszam. Znowu zwolnienie oddechu, częściowy paraliż. To wszystko takie znajome... Zawiesiłem się i zastała mnie noc. Noc nieprzyjazna, mroczna i zła. Znowu zaczynam się bać sam nie wiem czego. Nienazwane leki, dręczące pytania i wątpliwości. Czarne cienie niczym sępy zaczynają krążyć nade mną... Oczekują na to aż się poddam, wiem to. Wyczekują na mój błąd, żywią się moim strachem, z każdą chwilą silniejsze. Cały czas, ciągle w kółko to samo. Dalej i dalej, głębiej w obłęd.
Dziękuję za uwagę.
Tekst pochodzi z mojego starego bloga.
Mam nadzieję że nikt nie potraktuje tego tekstu jako spam. jednak jesli mod miałby jakies uwagi bardzo prosze o napisanie pm. To pomoze mi w przyszlości uniknąc podobnych błędów
pozdrawiam
