inni wklejali to i ja wkleję. nie chce mi się szukać odpowiedniego do tego forum a tu są na prawdę konkretni ludzie, którzy potrafią trzeźwo oceniać. życzę miłej lektury
Last edited by cos on Sat Nov 05, 2005 8:25 pm; edited 2 times in total
| Quote: |
|
Czy taki tryb życia można nazwać wegetacją? Wydaje mi się, że tak, w końcu nie robię nic nowego, wszystko jest takie oklepane, powtarza się, ale może jednak... Mam na imię Karol Oliwa. Mieszkam na przedmieściach Krakowa i pochodzę z rodziny, która przynależy do tak zwanej klasy średniej. Lat mam 17, ale pomimo tego, że trochę przeżyłem, nie pamiętam zbyt wielu szczęśliwych momentów. Moje życie toczyło się wokół moich niepowodzeń na polu za równo miłosnym jak i edukacyjnym. Pierwszych kilka klas przeszedłem bez szwanku, byłem nawet uznawany za genialne dziecko, ale później zatraciłem się w pochlebstwach… ale mniejsza z tym! Jak napisałem na początku, moje życie jest bardzo monotonne. Budzę się – idę do szkoły – wracam ze szkoły – siadam przed kompem – siedzę do późna w nocy – idę spać. Nie raz próbowałem zburzyć tę monotonię mojego życia, ale nie udało mi się… nadal nie może mi się udać. Doszedłem do wniosku, że nie mam silnej woli, że nie potrafię złamać rutyny dnia codziennego, chociaż jej nienawidzę… nienawidzę się za to, że pomimo tego, że brakuje mi znajomych, przyjaciół, spotkań z nimi, miłości, kobiety, która pomogłaby mi przetrwać wszystkie upadki, pomogłaby mi powstać, pomimo tego nie potrafię wstać i powiedzieć sobie: „dość tego komputera, trzeba przełamać rutynę, wychodzę >>gdzieś<<!” Po prostu nie potrafię… Zacząłem ostatnio czytywać romanse – powieści, których jeszcze kilka lat temu nie tknąłbym się okutym drągiem. Ale ja znam powód, dla którego powieści romantyczne mnie nie odrzucają. Dlatego, że bohaterowie romansów zawsze osiągają szczęście. Zawsze, pomimo wielu przeciwności, na końcu są razem, a ja nigdy takiego szczęścia nie osiągnąłem. Nie osiągnąwszy spełnienia we własnym życiu karmię się szczęściem innych, gdyż mi tego brakuje. W romansach mężczyzna zawsze jest z tą swoją ukochaną, wymarzoną kobietą, a ja nigdy czegoś takiego nie osiągnąłem… dlatego czytuję powieści romantyczne. Co tu dużo mówić, nie jest mi na tym świecie szczególnie dobrze, przez co szukam zatracenia w powieściach, w Internecie. A im bardziej się w tym, co tu dużo mówić, -wirtualnym, świecie zatracam tym bardziej jestem zły na siebie, że ja nie działam. Że nie próbuję dostać tego, co bohaterowie romansów. Że nie próbuję osiągnąć pełni szczęścia, osiągnąć życiowego celu, jakim jest założenie rodziny i pogłębianie wiedzy na jakiś konkretny temat… Ja wegetuję… Nie potrafię się skupić, wałkuję ciągle tylko to, co tak naprawdę nie jest ważne. Gdybym umiał, to poszedłbym gdziekolwiek, gdzieś… nie ważne gdzie, ważne żeby wybić z domu, zaczerpnąć świeżego powietrza, spotkać się ze znajomymi. Ale nie mogę! Czuję się zintegrowany z tą monotonią życia. Jakbym był do niej przywiązany liną. Liną… Ba! Stalową liną. Nie potrafię zerwać więzów, uwolnić się. I to właśnie jest powód, dla którego tak się zmieniłem. Wszystko zaczęło gdy złamałem sobie nogę, co spowodowało przerwę w uprawianiu przeze mnie jakiegokolwiek sportu. No, chyba, że szachy... Przez tę kontuzję miałem utrudniony kontakt z kolegami, ponieważ dla nich liczył się głównie sport. Ja nie mogłem z nimi biegać za piłką więc siedziałem w domu. Nie mogłem zbyt wiele robić, gdyż byłem raczej poważnie uziemiony. Czytałem książki i surfowałem po Internecie. I to jest właśnie moment, w którym zboczyłem z wcześniej obranej ścieżki. Zmieniłem kurs, ponieważ nie mogłem grać w piłkę nożną a koledzy nie pamiętali o mnie zbytnio, porozmawiać z nimi mogłem jedynie przy użyciu komunikatora internetowego. Wtedy przestałem wychodzić z domu. Zacząłem w pełni poświęcać się komputerowi, a że były wakacje nie musiałem odrabiać zadań domowych ani się uczyć więc coraz więcej czasu poświęcałem na przeglądanie for dyskusyjnych, graniu w gry on-line czy pisaniu artykułów. Był nawet taki okres, kiedy w ogóle nie wychodziłem z domu, tylko non-stop siedziałem przed komputerem i gapiłem się w monitor. Wzrok zaczął się mi psuć, a ja zacząłem głupieć. Moje IQ malało z tygodnia na tydzień aż nadszedł dzień pierwszego września. Wtedy zaczął się koszmar… Przyzwyczajony do tego, że chodzę spać koło godziny 3-4 nad ranem i wstaję około godziny 11 nie mogłem dostosować się do wstawania o 7 rano, a zasnąć nie mogłem przed 2 w nocy. Do szkoły chodziłem niewyspany a nawet często się spóźniałem. To był początek końca… Zmęczony biegiem, którym było moje życie, rozważałem pozbawienie siebie życia. A wszystko przez to, że uzależniłem się od komputera… Musiałem siedzieć przed monitorem przynajmniej 6 godzin dziennie bo nie wytrzymywałem psychicznie, a przecież zadania się same nie odrobią, a poza tym przecież musiałem się uczyć. Z zadaniami nie było jeszcze tak źle, gdyż zawsze można odpisać, ale wypracowania to zbyt dużo… Ten bieg pozbawił mnie mojego głównego atutu jeżeli chodzi o zdobywanie wiedzy, którym było słuchanie na lekcji i zapamiętywanie większości. Już taką miałem fenomenalną pamięć, że gdy raz coś usłyszałem to pamiętałem przez dłuższy czas bez potrzeby powtarzania. Ale ja przecież bardzo krótko spałem, przez co odsypiałem na lekcjach. Ten okres mojego życia był istnym koszmarem! Dopiero po trzech miesiącach tej mordęgi zacząłem uwalniać się od komputera, ale tylko na rzecz innych rozrywek. Zamiast patrzeć się jedynie w monitor patrzyłem się także w ekran telewizora lub w kartki książek. |
Last edited by cos on Sat Nov 05, 2005 8:25 pm; edited 2 times in total
