Mam taki pomysł: Niech Sejm liczy 2-3 osoby na województwo, co będzie odpowiadało 30-50 osób, ale niech nie zajmują się tworzeniem prawa, bo po prostu nie mają wiedzy prawniczej. Cały czas wychodzą buble ustawowe, więc ich praca i tak mijałaby się z celem.
Natomiast prawo niech tworzy grupa prawników - niezależna od partii politycznych, a posłowie ustalaliby tylko kierunek zmian i priorytety.
Oszczędności ewidentne, niestety na razie małe szanse na realizację, bo wymagałoby to zmian w konstytucji a przede wszystkim uderzyłoby w interesy partyjne.
Mimo to pytam co sądzicie o takim modelu rządzenia?
Według mnie takie zmiany są zbyt drastyczne i nie przyniosłyby oczekiwanych skutków (a przynajmniej nie w tych czasach) ;/. Na początek proponowałbym zlikwidowanie senatu i ograniczenie liczby posłów do ok. 300. Poza tym powinno się odebrać immunitet i wprowadzić jakieś drastyczniejsze kary za nieobecność na sali sejmowej podczas jakiegoś posiedzenia - to jest w końcu ich praca.
Według mnie takie sprawy nie pozwalają skupić się na priorytetach. Zamiast spełniać obietnice wyborcze osoby rządzące "wymyślają" kolejne afery. Wyborcy czasami dadzą się na to nabrać i niekiedy odwraca to ich uwagę od naprawdę ważnych spraw. Oczywiście trzeba dążyć do prawdy, ale większość z tych afer nic nie znaczy a służy tylko wzmocnieniu pozycji medialnej danych polityków. Osobną sprawą jest, że moim zdaniem osoby z prawomocnym wyrokiem sądu nie powinny mieć nawet prawa wstępować do budynku sejmu. Ktoś kto stanowi prawo musi być nieskazitelnie czysty. W innym wypadku będziemy mieli takie prawo jakich mamy polityków.
Polityka, jeden z ulubionych tematów dla nas, polaków. Co święta okazuje się, że ktoś jest złodziejem, że ktoś robi przekręty. Ludzie zwykli, nie związani z polityką, mają ich za kłamców i złodzieje.
Moim zdaniem jednak to wina obydwu stron - władza sobie folguje, wygodzi się, rozpycha na fotelu i tyje w blasku reflektorów i kamer. A lud? Lud nie potrafi głosować. Głosuje się nie na człowieka, tylko na jego image. Nikt się nie patrzy czy ktoś, co coś mówi, mówi naprawdę z sensem. Wszystko ogranicza się do medialnych zagrywek - ostatni spot pisu nasuwa się na myśl. Nie było 3mlnów mieszkań socjalnych za kaczora, a tusk niby próbuje sobie radzić, ale kryzys nastał i... tak szczerze to wiele się nie zmieniło. Nieważne kogo wybierzemy na wyborach to autostrad i tak i tak nie będzie. Politycy mogą mówić co chcą, ale i tak tego spełnią swoich słów - powiedzą, że opozycja przeszkadza, ale prezydent im wetuje ustawy.
Nie ma szans na rewolucję francuską i na obcięcie paru głów. Właściwie to nie widzę żadnego sposobu na zmianę, bo naszą kochaną politykę mamy tak głęboko zakorzenioną w naszej kulturze, że ludzie chyba nawet nie chcą uczciwego człowieka z wizją w rządzie.
A co do zmian to uważam, trochę lekkomyślnie przyznam, ale: więcej uprawnień dla samorządów, branie polityków pod mur (albo mówią prawdę i spełnią obietnice, albo do kopania rowów). Narazie tyle przychodzi mi do głowy.